Home

Pure (2009) – film Chucka Frybergera, znanego wcześniej głównie z realizacji epizodu w Dosage V -zebrał mieszane opinie zarówno wśród krytyków jak i widzów. Jednym się podobał bardziej, drugim mniej – co jednak istotne został zauważony i nie sposób było pozostawać wobec niego obojętnym. Tymczasem w roku 2010 w mediach pojawiła się zapowiedź kolejnej produkcji. Co by nie powiedzieć o trailerze i oczekiwaniach widzów z niego wynikających – to niewątpliwie jest on dość intrygujący…

Na początek warto się jednak pochylić nad postacią samego reżysera. Fryberger jest z wykształcenia technikiem muzycznym, a w branży filmowej naturszczykiem uczącym się fachu z poradników typu „Kręcenie filmów dla bystrzaków” lub „Jak nakręcić film w weekend”. Nie jest to żadna ujma – wszak w sztuce liczy się wyobraźnia i talent, jednak w środowisku filmowym zajmuje pozycję na marginesie, nie znajdując wspólnego języka, w będącym w dobrym tonie, rozprawianiu nad dziełami mniej lub bardziej znanych twórców – przedkładając tym samym praktykę nad czcze gadanie. A o tyle jest to istotne, że nie sposób wyżyć jedynie z kręcenia filmów wspinaczkowych – wszyscy pretendujący do miana profesjonalistów są skazani na dorabianie choćby w reklamie. Niemniej jednak Chuck nie ukrywa swych inspiracji, które czerpie od Stevena Soderbergha (Seks, kłamstwa i kasety wideo, Ocean’s Eleven, Solaris), a zatem reżysera, który nie tylko prezentuje charakterystyczny styl wizualny, ale też zgrabnie lawiruje pomiędzy komercyjnym i niezależnym kinem. Źródło to jest dość widoczne w filmach Frybergera…

Przejdźmy jednak do samego filmu. O czym jest Core? Pytanie może zdawać się trochę dziwne, wszak rozprawiamy nad filmem wspinaczkowym. Tyle, że najmniej istotna jest w nim sama… wspinaczka, która stanowi tylko tło dla opowieści, bo nie jest to dokument mający uwiecznić załojenie super trudnych projektów skalnych. Widać to poniekąd w montażu – niejednokrotnie filmowane sekwencje ruchów zachodzą na siebie, powtarzają, a innym razem nagle wycięte zostaje kilka przechwytów. Nie popadajmy jednak w złudę, że przyczyna tkwi w niedbalstwie i fuszerce – jest to celowo i rozmyślnie spreparowana konwencja!

O czym zatem jest Core? Hm… Pierwszym narzucającym się wrażeniem, że o… pieniądzach. Pomimo, że ukazywane są różne aspekty życia profesjonalnych wspinaczy w poszczególnych epizodach – to motywem który się przewija niestannie jest właśnie pieniądz. Hukkataival wyrywający panienki i włuczący się po nocnych klubach, Predi podjeżdżający Ferrari, Fischuber latający śmigłowcem, Roth siedzący z paniami w jakuzzi – a z drugiej strony Wilder stojący na ulicy i za kasę rozkminiający kostkę Rubika, Nicole podklejający buty i jeżdżący pociągiem, BJ Tilden, który używa 20-letnich ekspresów, a i tak łoi 8c+… Ale klucz kryje się w słowach Hukkataivala: „Bycie profesjonalnym wspinaczem nie jest takie jak się ludziom wydaje”, bo Fryberger tak naprawdę bawi się pewną konwencją – nie pokazuje jak wygląda prawdziwe życie „pro”, ale jakie mogłoby być, czy raczej jakie chcianoby żeby było. Nie pokazuje Fina trzymającego dietę, nie mówi, że Włoch jest bogaty z domu – a obaj wciąż mieszkają z rodzicami etc., bo wspinanie jest cool, wspinacze są cool, ich życie też musi więc być cool! Czyż w jakiś sposób nie nawiązuje tym Core do klasyka gatunku jakim jest The Real Thing z Moonem i Moffatem, rozbijającymi się ścigaczami i sportowymi furami?

Nie jest to film, który oglądać można przy wieczornym piwku w towarzystwie. Dużo więcej odnajdzie się treści w spokojnym kontemplowaniu obrazu. Pieniądze są tylko jedną warstwą – tych wątków jest więcej i za każdym oglądnięciem filmu odkrywa się ich coraz więcej. Bogaty jest także w szczegóły i detale, które z początku nie widoczne – po kolejnym przeglądnięciu zostają odkryte, wzbogacając tym samym treść. Nie ma jednak w tym co popadać w skrajność, że Fryberger ma nam coś niesamowitego do przekazania – raczej jest to zabawa i gra w którą wciągnąć chce widza. I trzeba przyznać, że mu się to udaje. Scena otwierająca, w której chłopiec przemierza puste hale magazynu uzupełniona jest motywem muzycznym z Holocaust 2000 (włoski thriller S-F z 1977), który skomponował Enio Morricone. Kod przy drzwiach na ściankę w Helsinkach to 420 – liczba symbolizująca palenie marihuany (swoją drogą w Pulp Fiction wszystkie zegarki były ustawione na 4:20). Pompon na firmowej czapce Hukkataivala, czyniący go małym fińskim skrzatem pomiędzy kamykami. Czy też kontekst sponsorski, dodający skrzydeł w rozwiązaniu problemu Air Star przez Fischubera. Jest też sporo zabawy stereotypami, bo czym współcześni amerykańscy kowboje mogą się zajmować oprócz wspinania? Strzelaniem, oglądaniem baseballu i ssaniem snusa. Fragmenty z Toskanii żywcem przeniesione z reklamy espresso, a po ekologiczno nastawionej Szwajcarii poruszamy się pociągami… Oprócz tego naturalnego humoru towarzyszącemu wspinaniu – pojawia się też ten bardziej delikatny i wyreżyserowany w grze słów, w kompilacji ujęć i słów. Andy Mann niesamowicie posuwający na gitarze, dodaje, że jest profesjonalnym fotografem – ale nie będzie nam dane obejrzeć jego zdjęć. Nalle, który o highballowym Livin’ Large mówi, że nie dość iż potrzebował dużo kraszów to jeszcze musiał znaleźć kogoś do ich przeniesienia. Opis Tildena: „Jest dużo silniejszy, niż inni wspinacze na świecie. Jest profesjonalnym stolarzem.”

Są też sceny które są perełkami samymi w sobie. Nieomal wszystkie zdania, wypowiedziane przez Nicola mogą posłużyć jako wyrwane cytaty o wspinaniu. Jeśli kogoś nie przekonało ułożenie w 30 sekund kostki Rubika przez Matta Wildera – to kolejny przykład niesamowicie analityczno-matematycznego umysłu odnaleźć może w wywiadzie, w którym opisuje przejście tradowego pasażu. Jego słowa połączone z obrazem na drodze, pokazują, że dokonuje on idealnej w czasie wizualizacji przejścia. Pierwsze przejście Spudd Webb 7B+ dokonane przez samego Frybergera, który przywdział buty widząc jak Jorgesson i Hukkataival niemiłosiernie meczą się nad problemem. Fryberger nie zamierza też być political correct, przyjmując kolejną konwencję rodem ze starych hollywoodzkich filmów sensacyjnych – kobiety są tylko uzupełniającym dodatkiem. Nawet trąci tym epizod z Steph Marvez i Flannery Shay-Nemirow – jakby podkreślający, że wspinanie to zabawa tylko dla chłopców ;)

Nie odbieram całej zabawy i sami poszukajcie tego więcej.

Na wzmiankę zasługuje też obraz. Po pierwsze dlatego jest nakręcony kamerą cyfrową odpowiadającą jakością hollywoodzkim produkcjom na klasycznej taśmie 35mm. Jedna klatka daje obraz wielkości 10-12 milionów pikseli, podczas gdy w formacie HD wystarczy spokojnie 3 miliony. Można zapewne porównać to jakościowo do Deklaracji Nieśmiertelności Marcina Koszałki, który właśnie używał tradycyjnego filmu. Dzięki temu Core został też wypuszczony w wersji Blu-Ray, w której możemy się podniecać dokładnymi szczegółami wszelkich, nawet najmniejszych detali (widać to choćby w scenie w której „mała” postać BJ’a przemierza bezkresne prerie Wyoming, a my dostrzegamy fałdy na spodniach). Po drugie, generalnie ścieżka jest delikatnie spowolniona, dając płynność znaną z kinowych filmów (to nie ruchy aktorów, a technika daje taki efekt). Oczywiście sporo jest ujęć ze zdjęciami w zwolnionym lub przyspieszonym tempie, pełno jest powtórzeń – ale tak jak już wspominałem Fryberger nie dba o to, aby sekwencje przechwytów idealnie do siebie pasowały. Pomimo przyjętej przez Frybergera maniery, „specjalista” może się jednak doczepić, że w kilku miejscach ostrość, ekspozycja światła, barwa jakby się trochę gubiły – ale bynajmniej nie odbiera to jakości obrazowi. Jest to o tyle charakterystyczne, że z jednej strony mamy sceny z pieczołowicie zaaranżowanym światłem (Nalle na baldach w Finlandii, scena otwierająca, Andy grający na gitarze), a z drugiej bardziej odpowiadające standardom YouTube (wywiady w Rocklands pod baldami). Po trzecie ujęcia dalekich planów ładnie wprowadzają w klimat i charakter wspinania w rejonie – same w sobie mogłyby też być pięknymi fotografiami zdobiącymi ściany lub choćby pulpity komputerów.

Interesujący jest też sposób prowadzenia ścieżki muzycznej. Z jednej strony wprowadza atmosferę miejsca i wręcz w sposób oczywisty podpowiada czy jesteśmy akurat w Stanach, czy we Włoszech, a może w Finlandii. Z drugiej jednak strony zachowuje niezależność od obrazu, szczególnie w scenach wspinaczkowych – klatki przesuwają się wolniej, wspinacz dochodzi do cruxa, a muzyka swoim własnym torem wciąż jest żywa, dynamiczna lub też innym razem na odwrót. Dlaczego dźwięk nie buduje, podkreśla napięcia obrazu? Muzyka jak najbardziej współgra, tyle że nie z warstwą wizualną, a ze słowami, emocjami, czy nawet charakterem wspinacza oraz miejsca. Odrywa się od obrazu, aby połączyć się z tym co kołacze się w duszy bohatera.

Pierwszym wrażeniem po odtrzymaniu kopii było: „Jezu, czy ja przebrnę przez 88 minut filmu o wspiananiu?”. Ciarki mnie przeszły na wspomnienie Progression do którego przysiadywałem kilka razy i w sumie nie jestem pewien czy w całości obejrzałem. Pomimo, że Core nie wywarło za pierwszym razem piorunującego wrażenia, to jednak nie znużył. Wręcz sprawdziłem, czy przypadkiem nie dostałem jakiejś skróconej wersji. Ale faktycznie lokacje zmieniają się ciekawie – nie jest to zmiana pokroju z Margalefu do Oliany – a z sawannowych baldów w Rocklands przenosimy się na biały wapień Wyoming, by potem udać się w mroczne lasy Szwajcarii etc. Każda miejscówka ma własną, unikalną atmosferę – zarówno w charakterze wizualnym jak i samego wspinania. Drugie wrażenie było, że jest ten film delikatnie chaotyczny, że niektóre wątki nie zostały pociągnięte, a niektóre w ogóle nie pasują do całości… Czułem się w jakiś sposób rozczarowany, ale kiełkowała chęć zmierzenia się z Core po raz wtóry – i tak pozostało do teraz ;)

Czy zatem jest to film dobry? To tak jakby odpowiedzieć czy dobre są lody bakaliowe. Jedni lubią wydłubywać rodzynki i orzeszki z zębów, a drudzy nie. Kwestia smaku i gustu. Na pewno jest interesujący, na pewno stanowi pewne wyzwanie i odnośnik – szczególnie dla twórców amerykańskich. Z pewnością jest też jakimś dokumentem czasów – może z czasem na miarę The Real Thing. Jest też dobrą zabawą dla „postmodernistycznych intelektualistów”, rozbierających wszystko na części pierwsze (taki wspinaczkowy Pulp Fiction lub Matrix) ;)

Elementem łączącym poszczególne epizody jest chłopiec wyciągający maskotki Łapą Szczęścia – każda z maskotek odnosi się do detalu z danego epizodu. Na końcu chłopiec nie wybiera tej jednej jedynej. Pakuje do plecaka wszystkie, bo choć pomiędzy symbolizującymi je wspinaczami widzimy różnicę w podejściu, doświadczeniu, imperatywach – to jednak wszystkie stanowią o rdzeniu, duszy, istocie, sednie wspinania – po prostu są core.

 


 

Jakość obrazu – doskonała

Dodatki – brak

Napisy i wersje językowe – brak, choć Amerykanie domagają się angielskich napisów z powodu niezrozumienia akcentów ;)

Film do nabycia jest na stronie http://www.bouldering.com na płytach Blu-Ray, DVD oraz do zassania w formacie HD (za ok. 65zł).

Reklamy