Home

Największym „grzechem” chronologicznej dekady wyznaczonej dwoma nieprzekraczalnymi datami – 1 stycznia 2001 i 31 grudnia 2010 – jest to, że pewne zdarzenia, zjawiska i tendencje nie chcą poddać się tak sztywnie wyznaczonym ramom czasu, utrudniając tym samym spójne spojrzenie, a czasami wręcz łamiąc logiczność oceny, czy podsumowania.

W górach wysokich: Krzysztof Wielicki w swoim Manifeście Zimowym [1] mówi o „złotej dekadzie polskiego himalaizmu” rozpoczętej pierwszym zimowym wejściem na Everest w 1980, a tragicznie zakończonej w 1989 przez wypadek na Evereście oraz śmierć Jerzego Kukuczki na Lhotse. Czy takimi sensownymi ramami we wspinaniu skałkowym nie są: otwarcie przez Patrica Edlingera Ça glisse aux pays des merveilles – pierwszej obitej stałymi punktami drogi o trudnościach 8a w 1983, a z drugiej strony zakończonej realizacją przez Wolfganga Güllicha Action Direct – pierwszej 9a w 1991? Czy może raczej ta „historyczna” dekada powinna rozpoczynać się w roku 1979, kiedy to Tony Yaniro prowadzi jeszcze na własnej asekuracji Grand Illusion 8a/+? A kończyć się tragicznym wydarzeniem jakim był wypadek samochodowy Güllicha w 1992?

Jaki zatem jest sens w dyscyplinie tak niewymiernej i niepoddającej się stałym cyklom czasowym, jaką jest wspinaczka – podsumowywanie dekady „chronologicznej”? Czy nie lepiej poczekać kilka lat, nabrać dystansu, odpowiedniej perspektywy i wtedy ogłosić „zwycięzcę”, wręczyć wypchane koperty oraz poklepać po szerokich pleckach? Niemniej jednak właśnie tak sztywno ustanowiona data końca dekady, na podobieństwo każdego końca kolejnego roku, kiedy niejednokrotnie podsumowujemy minione miesiące – stanowi pokusę do spojrzenia z perspektywy czasu, mniej emocjonalnie, bardziej z wyważeniem, a przez to o wiele szerzej na to co działo się w dłuższym okresie czasu, dając przy okazji przyczynek do przyszłego wyznaczenia dekad „historycznych”.

Tym bardziej jest to intrygujące, że otwierający rok pierwszej dekady XXI wieku przyniósł zarazem zakończenie pewnej ery we wspinaniu skałkowym…

MAGIA CYFRY

Na początek przypatrzmy się jednak z czym wchodziliśmy w XXI wiek… Pomimo, że dla części środowiska wspinaczkowego może wydawać się to obrazoburcze i szargające najszlachetniejsze idee alpinizmu, rozumianego jako całość aktywności wspinaczkowej – to główną tendencją, na którą skierowane są oczy mediów, a przez to także ich odbiorców – jest dążenie do realizacji jak najtrudniejszych dróg. Niezależnie od tego jaka jest to dyscyplina wspinania – generowanie jak najwyższej „cyfry” jest bezpośrednio lub pośrednio celem czołowych wspinaczy. Oczywiście najbardziej dostrzegalne i wymierne jest to w dominujących obecnie bulderingu i wspinaniu skałkowym, a szczególnie sportowym.

grade-comparison

FRANCUSKIE PRZEWAGI

patrick-edlinger_2413555b

Patrick Le Blond Edlinger

Aby bilans otwarcia obecnej dekady był pełniejszy cofnijmy się na chwilę do „mrocznych” lat 80-tych minionego wieku, kiedy to na francuskich skalnych zerwach zaczyna upowszechniać się „morderca niemożliwego”, jak poetycznie określił prostą śrubę rozporową pewien światowy autorytet, znany także jako poszukiwacz i wytrwały tropiciel himalajskiego Yeti. Nagle lite, gładkie, nieasekurowalne i po prawdzie bezużyteczne połacie skalne stają się dostępne. Rodzi się wspinanie sportowe, a co za tym idzie jego nieodłączny kontrpartner – wspinanie tradycyjne (wszak wcześnie po prostu było tylko wspinanie). Francja staje na czele peletonu. Popularność rozlewa się na cały kraj. Otwierane są kolejne nowe rejony, gdzie skały poprzecinane zostają rzędami srebrnych plakietek i nie tylko, bo i komponowanie dróg dłutem staje się nieomal „naturalne”. Jakby i tego było mało – powstają sztuczne ścianki. Każda co większa mieścina chce organizować zawody z przyciągającymi pulami nagród. Moda pomału rozlewa się nieomal na całą Europę, a nawet dalej. Francuzi jednak szybko oznajmiają światu swoją dominację, kiedy Patrick Le Blond Edlinger otwiera Ça Glisse Au Pays des Merveilles w Buoux w 1983 – „morderca niemożliwego” umożliwia przełamanie magicznej bariery 8a. Na boskiego Edlingera spada sława i splendor wsparty odpowiednią ilością artykułów prasowych, audycji radiowych i programów telewizyjnych – a czego ukoronowaniem będzie wybranie Le Blonda najpopularniejszym sportowcem w plebiscycie słynnego Paris Match, bodajże w 1985 roku. Smaczku historii dodaje fakt, że nie dość, że Tony Yaniro pociagnął na „friendach” Grand Illusion w 1979 (wycenioną autorsko na niebotyczne wówczas 7b+, a zweryfikowane po latach na 8a/+), a Dave Cuthbertson w lecie 1983 na kosteczkach przechodzi Requiem (ale kto by się zastanawiał nad przeliczeniem jakiegoś E8 6b na francuskie 8a+) – to jeszcze niecały tydzień przed boskim Patrickiem, w tym samym dniu Marc Le Ménstrel i Fabrice Guilot otwierają odpowiednio Reve d’un Papilon (Buoux) oraz Crepinette (Eaux Claires) – obie wyceniane obecnie na 8a. Ale o tym dopiero dowiedzieliśmy się po latach…

2835

Jerry Moffatt i Ben Moon ładują na sztucznej ściance. Lata 80/90.

Tymczasem media, z Verticalem na czele, napędzały niesamowitą krucjatę łamiącą kolejne stopnie w niebotycznym tempie: 1984 – Jibi Tribout La Bidule 8a+, 1985 – Marc Le Ménstrel Le mains sales 8b, 1986 – Marc wraz z bratem AntoineChoucas i La Rose et Le Vampire 8b oraz sam Marc Le Minimum 8b+, a na dokładkę Antoine strzela w 1987 OS-a na Samizdat 8a (choć po prawdzie w rozumieniu ówczesnych standardów, o czym dosadnie opowiada Jerry Moffat w filmie „OnSight”)… Świat nie tylko podchwytuje bakcyla sportowego wspinania, ale nawet coś się uczy i to na tyle szybko by nie dość, że utrzeć nosa zarozumiałym Francuzom to jeszcze obwieścić kolejne cyfry. Uderzenie nadeszło z Wysp Brytyjskich (dziś postrzeganych za europejski bastion tradycyjnego wspinania, ale czy ktoś wtedy mógł przewidzieć, że jednak Brytania oprze się naporowi „mordercy niemożliwego”?) i w roku 1988 zaanonsowano przejście przez Bena Moona pasażu sarkastycznie nazwanego Agincourt [2], a wycenionego na 8c. A jakby i tego było mało to jeszcze rzecz zdarzyła się w kolebce francuskiego wspinania sportowego w Buoux. Dwa lata później Moon otwiera już na rodzimej ziemi, w Raven Tor, Hubble – pierwszą linię 8c+. Nie ustały jeszcze echa wyczynów Moona, a już następnego roku dooszły słuchy z ciemnych borów Frankenjury o niesamowitej drodze Wolfganga Güllicha Action Direct. Nikt nie miał wątpliwości widząc „monostrzały” Niemca, że mamy do czynienia z 9a… I w tym miejscu nie sposób pominąć postaci samego Güllicha – osoby nad wyraz skromnej i nie rozpychającej się łokciami na okładkach wszelakich pism branżowych. Dopiero z czasem świat przyjął do wiadomości fakt jego przewagi w skalnych rozgrywkach o coraz to wyższą cyfrę. Pomimo, że Güllich precyzyjnie i logicznie wyceniał swoje pasaże to jednak nie upierał się przy swoim – niejednokrotnie powtarzając, że jest to na pewno najtrudniejsza droga jaką w życiu zrobił. Czas jednak pokazał, że było to twierdzenie równoznaczne z najtrudniejszą drogą na świecie. I tak też teraz historia odnotowuje jego pierwsze przejścia w danym stopniu przed Le Menstrelami i Moonami: 1984 – Kanal im Rücken 8b, 1985 – Punks in the gym 8b+, 1987 – Wallstreet 8c…

Co z tego można wyciągnąć? Po pierwsze, że wspinanie sportowe stało się dyscypliną medialną ze wszystkimi zaletami i wadami. Dzięki zawodom i w miarę porównywalnej skali trudności można było łatwiej wyłonić mistrzów, można było powiedzieć kto jest najlepszy i komu oddawać mają czytelnicy honor i cześć. Nie jest to jakiś wyjątek – w każdej choćby najbardziej abstrakcyjnej dyscyplinie potrzebne są gwiazdy, które napędzają popularność i koniunkturę. Wraz z tym nadeszła prosta komercjalizacja, którą nie należy odbierać w negatywny sposób, bo przecież dobrze jest utrzymywać się (lepiej lub gorzej) z tego co lubi się robić – choć w jakimś tam stopniu obdarło to z otoczki ideę „free climbing”, postrzeganego jako swoisty ruch kontrkulturowy. Stało się jasne: żeby zdobyć kruchą sławę i wątpliwe bogactwo trzeba działać szybko i konsekwentnie wykorzystywać media, choć po prawdzie ich szerokość była w owym czasie niezbyt rozległa.

Drugim istotnym zjawiskiem było dość szokująco szybkie przełamywanie kolejnych stopni skali trudności – w przeciągu kilku lat popchnięta została ona o 7 stopni! Strach pomyśleć jakie byłyby obecnie drogi, gdyby ta tendencja się utrzymała – czołówka wspinałaby się już po pionowych taflach szkła. Wracając jednak do rzeczywistości na ówczesny progres złożyło się wiele sprzyjających czynników: zmienił się charakter wspinania (z rysowego na płytowy itd.), dokonuje się postęp technologiczny (np. „przyczepne” buty Boreala), unaukowiają się metody treningowe oraz rozbudowują sztuczne ścianki na których można ładować, zwiększa się popularność – a co za tym idzie więcej utalentowanych osób zajmuje się wspinaniem…

SPUŚCIZNA PO GULLICHU

wolfgang3-11

Wolfgang Güllich

Wchodząc w lata 90-te, chyba nikt nie zdawał sobie sprawy jak długo będzie się czekać na kolejny przełom. Można zakładać, że gdyby nie nieszczęśliwy wypadek Güllicha, który był oczywistym pretendentem, pchnięto by „cyfrę” szybciej, a przez „rezonans kształtotwórczy” [3] obecnie wspinalibyśmy się po o wiele trudniejszych drogach. Z drugiej strony Wo-Gu nie wyprzedzał o lata świetlne swoich czasów. Uczynił wiele stopni pierwszymi, ale co najwyżej rok-dwa przed innymi. Zatem miał kto pociągnąć dalej sztafetę… Powstawały kolejne honorne 9a i tak dochodzimy do pamiętnego roku 1995, kiedy to Fred Rouhling obwieszcza wszem dokoła, że pociągnął dachem jaskini Les Eaux Claires pasażyk o nazwie Akira dorzucając do tego śmiałą wycenę 9b. Rozpętało się piekło. Fala krytyki przelewająca się przez media i wsparta autorytetami z najwyższej wspinaczkowej półki nie zostawiła na Rouhlingu suchej nitki. Najzagorzalsi przeciwnicy już nie tyle poddawali w wątpliwość wycenę, ale nawet sam fakt przejścia linii. A jakby tego było mało to kilka bulderów autorstwa Francuza zostało skutych, a na samej Akirze doszło do obrywów (lub dewastacji?) zmieniających jej trudności. Skądinąd nie należy odmawiać Rouhlingowi mocy, bo potwierdził to na kilku drogach i problemach – niemniej popadł w niesławę, a smród ciągnął się jeszcze długie lata czego przykładem może być dziennikarskie śledztwo popełnione prawie 10 lat później przez amerykański magazyn Climbing. Cała afera wokół Akiry miała też poniekąd głębsze następstwa, a co w tym ciekawego także dla jednego ze znamienitych oponentów – Alexa Hubera.

Nikt nie chciałby zapewne znaleźć się w skórze Rouhlinga, zatem nie szafowano za bardzo stopniami, pobąkując raczej o przecenianiu niektórych jak choćby Action Direct, choć ta w owym czasie doczekała się zaledwie jednego powtórzenia. Zaczął się czas inflacji i deprecjacji. A wracając do Hubera w 1996 prowadzi on Open Air proponując cyferkę 9a, którą dopiero 12-lat później Adam Ondra uzna o stopień za niską. No cóż, może i nie do tego dążył Alex, ale sława chwili minęła bezpowrotnie… Kolejną próbę przełamania skali podejmuje w 1998 Hiszpan Bernabé Fernández prowadząc po dokręceniu trzech chwytów linię Orujo 9a+. Napotkał jednak przy tym zdecydowany opór środowiska. Powraca zatem na drogę i udaje mu się zasiekać ją tylko z jednym sztucznym chwytem. To jednak wciąż było za mało, a zbulwersowani hiszpańscy wspinacze orzekli, że Orujo to i tak najwyżej 9a – choćby z moralnego punktu widzenia…

W owym czasie wykrystalizowanie zostają zasady etyczne i stylowe we wspinaniu sportowym. W powszechnym mniemaniu wspinacz odróżnia w miarę poprawnie styl OS od Flash i RP. Poddawane zostaje ostracyzmowi środowiskowemu nagminne kłucie lat 80-tych. Z pewnością jest to niewątpliwy wpływ wzrastającego zainteresowania problemami ekologicznymi w społeczeństwie jako całości. Poprzez coraz większą popularność wspinacze zaczynają być postrzegani jako partnerzy lub też wręcz przeciwnie – jako problem, w zależności od uwarunkowań lokalnych. Wymusza to niejako powstawanie organizacji reprezentujących środowisko, jak choćby Access Fund w Stanach. Co z drugiej strony ponownie obdziera ideę „feee climbingu” wpychając wspinanie w ramy społeczeństwa uporządkowanego. Warto też odnotować ożywienie i renesans wspinania tradycyjnego, choć może adekwatniejsze będzie określenie narodzin nowego wcielenia do którego zaprzężono praktyki podpatrzone we wspinaniu sportowym, a ugruntowanego popularnością kultowego filmu „Hard Grit” – co wydaje się być wypadkową poszukiwania coraz to trudniejszych dróg i warunków lokalnych (zarówno etyki wspinaczkowej, jak i obostrzeń odgórnych), przybierając w skrajnych wypadkach formę hybrydową (tradowa droga z ringami zjazdowymi lub minimalną ilością stałych przelotów).

XXI WIEK

W XXI wiek światowe wspinanie skałkowe wchodzi zatem w stopniu 9a RP, 8b+ OS (Elie Chevieux na Massey Fergusson w Calanques) i z osiągnięciami kobiet zaledwie stopień niżej: 8c+ RP (Josune Bereziartu na Honky Mix w Onate) oraz 8b OS (Katie Brown na Omaha Beach w Red River Gorge).

Na całym świecie rozbłysły fajerwerki. Wypito litry przeróżnych trunków. Do bladego świtu wznoszono toasty za nowy rok, dekadę, wiek i milenium. Taka okazja nie zdarza się co dzień ;) A głowy wypełniały myśli o nowych planach, zamierzeniach i nadziejach z tym związanych…

PARCIE NA CYFRĘ

Brzemię odpowiedzialności przejął na siebie młody Chris Sharma, którego zawiało w swoich licznych podróżach na francuska ziemię, a dokładniej do Céüse. Czekał tam na niego sędziwy projekt obity jeszcze w 1989 przez Jeana-Christophe Lafaille i trochę zawczasu (na modę francuską) nazwany Biographie – w sumie 60 przechwytów na 40 metrach. Pogrzebał przy nim w międzyczasie Arnaud Petit prowadząc w 1996 pierwszą część do „restowej” dziupli oceniwszy odcinek na 8c+. Tyle, że główne trudności skupiały się na siedmiu-ośmiu ruchach w wyższej partii (z podchwytu na trzy palce prawej ręki trzeba sięgnąć daleko lewą do dziurki znów na trzy paluchy, a następnie po krzyżu do krawądki, przy okazji „flagując” prawą nogą). Praca nad drogą zajęła Sharmie coś ponad miesiąc rozłożony na kilka sezonów. Ostateczna realizacja w stylu RP nastąpiła w lipcu 2001. Amerykanin, zgodnie z powszechnym zwyczajem nadał nazwę Realization, wymigując się, zgodnie ze swoim zwyczajem, od wycenienia całości pasażu. Nie było jednak bata i świat przywitał pierwszą bezkontrowersyjną i akceptowalną 9a+! W zgodzie z prawdą nie obyło się bez zgrzytu, bo Francuzi jednak upierali się, że przywilej ochrzczenia należy do tego co ją obił, a nie poprowadził… W każdym razie nowa trudność stała się wreszcie niezaprzeczalnym faktem.

Zostając na chwilę przy samym Sharmie, pomimo że liczył sobie wtedy lat 20 – nie był wspinaczem znikąd. Wypchnięty na sztuczną ściankę mając lat 12 szybko odkrył swoje powołanie i dar, którym został obdarzony. Dwa lata później wygrywa Mistrzostwa Stanów w bulderingu, a w kolejnym roku otwiera Necessary Evil 8c+, od której nie było wówczas trudniejszych dróg za oceanem. Sharma w swoim działaniu połączył dwie pasje: do podróży i wspinanie – jeździł po świecie zarówno ekstremalnie bulderując jaki i się wspinając (w tym nie stronił także od „deep water soloing”). Jeśli dołożyć do tego sympatyczną aparycję i ujmujący charakter, a do tego umiarkowanie i skromność, choćby w stronieniu od wyceniania swoich realizacji (czy nie przypomina w tym innego mistrza?) i kontemplowaniu samej idei wspinania – stawał się idealnym kandydatem na plakaty nie tylko reklamującym szereg wypasionych firm, ale również został „twarzą” całego wspinania, choć nie bez małych wpadek…

Środek ciężkości wyraźnie przeniósł się do Hiszpanii, która w międzyczasie dorobiła się sporej gromadki wspinaczy na światowym poziomie. Gdyby zebrać wtedy około 30 wspinaczy będących w stanie zasiekać 9a – jakąś połowę z tego stanowiliby właśnie Hiszpanie (włączając w to oczywiście Katalończyków i Basków). Na czele peletonu stali od dawna Daniel Andrada Jimenez, Josune Bereciartu Urruzola oraz „enfant terible” Bernabe Fernandez – wsparci z czasem przez „młode wilki” jak Ramón Julian Puigblanque, Eduardo Marin Garcia, Patxi Usobiaga Lakunza oraz Eva Lopez Rivera – żeby wymienić choć kilkoro z nich.

Pokoleniowe pole bitwy zostało wyznaczone w Siuranie na niepowtórzonym od 1994 roku pasażyku La Rambla autorstwa wspomnianego już Alexa Hubera, który zgodnie z ówczesnymi trendami (a także swoim zwyczajem) co nieco zaniżył wycenę drogi do 8c+. Jednak dla całej czołówki (nie tylko hiszpańskiej) zrzucanej konsekwentnie z La Rambli stało się jasne, że jest to gra o trochę wyższą cyfrę, a do tego jeszcze kusząco wyglądała możliwość przedłużenia linii o kolejne 7 metrów… Zwycięzcą okazał się Ramónet, który choć znany z szybkich powtórzeń, poświęcił drodze (wraz z przedłużeniem) dwa lata pracy oraz 50 prób – w przerwach pomiędzy pracą elektryka na kolei. Tak, więc La Rambla Direct (Extension) stała się w 2003 roku drugą niekwestionowaną 9a+. A jakby tego było mało, Ramón Julian obwieścił, że przedłużenie w jego opinii nie zwiększa trudności linii! No cóż, znów Huberowi przepadło kilka okładek w pismach wspinaczkowych…

Historia jednak może jeszcze w tym miejscu nieco zmienić, gdyż nieco wcześniej powstała za sprawą Tommy’ego Caldwella Flex Luthor w Fortress of Solitude o wycenie „najtrudniejsze-co-dotychczas-zrobiłem”, co wskazywałoby również na okolice 9a+. Drugim pretendentem jest zrealizowany przez Yuij Hirayamę pasaż Flat Mountain (nazwa jest tłumaczeniem na angielski nazwiska Japończyka) w Futagoyama nad którym głowił się przez nieomal 14 lat. Tyle, że Kraj Kwitnącej Wiśni do tej pory stanowi swoistą „terra incognita” dla czołowych wspinaczy skutecznie ją omijających.

Wydawało się, że nasz mały świat wspinaczkowy zaczyna być wreszcie uporządkowany. Mięliśmy po dziesięciu latach nowy stopień, a do tego sporą czołówkę, która jest w stanie się po czymś takim wspinać – no i może co najważniejsze wyzbyto się podstawowego „grzechu” skromności, jakim zdawać się może deprecjacja trudności…

CIENIE 9b

bernard

Bernabe Fernandez na Chilam Balam

Tymczasem w małej wsi pod Malagą krył się dość spory demon w postaci 82-metrowego pasażu z czego 50 metrów dachem, co dawało w sumie jakieś 400 ruchów. Linię wypatrzył znany nam Bernabé Fernández przy okazji skrzykując kilku koleżków z renomowanymi nazwiskami jak Sharma i Andrada, do choćby pobieżnego wycenienia trudności. A z tym jak się okazało nie było problemu, bo bez wyjątku wszyscy orzekli, że jest to zajebiście trudne – o ile w ogóle możliwe do przejścia… I na tym można by poprzestać, ciesząc się, że Fernández obił linię dla naszych dzieci, gdyby nie to przysłał on w lecie 2003 roku do redakcji Desnivela relację łącznie ze zdjęciami z poprowadzenia tejże drogi – nazwanej Chilam Balam z „nieśmiałą” propozycją wyceny 9b+. Zmroziło całą słoneczną Hiszpanię i kilka tysięcy kilometrów ziemi wokół. Nie było żadnych wątpliwości, że Chilam Balam może mieć 9b+, tylko czy ktoś był w stanie przeskoczyć o dwa stopnie skalę, przy czym 9a+ ledwo dwa lata wcześniej jako tako się ukonstytuowało? Pierwszy kamień rzucił Dani Andrada, który trzy tygodnie później wybrał się na drogę. Zwrócił on uwagę, że jak na trzy lata pracy Fernándeza to trochę za mało magnezji oraz zdartej z butów gumy – szczególnie w kluczowym odcinku. Po czym zaczęło się już zmasowane obrzucanie: Kto był asekurantem podczas przejścia? Przypadkowo spotkany w barze koleś. A gdzie inni asekuranci, w końcu musiało się ich trochu przewinąć? Czy fotograf widział całe przejście? No, widział większą część. To może by Bernabé jeszcze raz przeszedł przy świadkach? Nie ma mowy, bo wspina się dla siebie, a nie dla publiki. No to po co wysyłał notkę do Desnivela? Prawdy zapewne się nigdy nie dowiemy, za to wiele się nauczyliśmy o etyce, która bezwzględnie nakazywała wierzyć słowu wspinacza. W każdym razie jakby tam nie było, rozpoczęło się poszukiwanie kolejnego stopnia, co najmniej tego brakującego ogniwa, jeśli przyjąć rację Bernabé Fernándeza…

Kolejne dość istotne wieści w tym zakresie nadeszły w 2006 roku – oczywiście za sprawą ponownie Chrisa Sharmy. Ten safascynowany wspinaczką DWS postanowił uporać się właśnie w tym stylu z jakimś pasażem na miarę Realization. Wybór, za namową guru DWS Miguela Riery, padł na uroczy łuczek Es Pontas na Majorce. Pracę nad linią zakończył po roku w trakcie którego dokonał ponad 70 nieudanych prób, a co za tym idzie wodowań z wysokości jakiś 10 metrów. Wycena dość trudna do powiedzenia, zwłaszcza, że Sharma jak zwykle wymiguje się od odpowiedzialności komentując jednak, że osiągnął na niej swój limit. Biorą to pod uwagę, dodając miarę Realization, charakter drogi i czas spędzony na patentowaniu oraz zapewne jakiś progres w umiejętnościach można to oszacować na… co najmniej 9a+. Choć może więcej? A śmiałków do powtórzeń za dużo nie widać…

W kolejnym roku dali o sobie znać starsi wiekiem mistrzowie – Dani Andrada i Fred Rouhling. Pierwszy z nich, niezmordowany realizator niezliczonych ekstremalnych projektów na północy Hiszpanii upatrzył sobie, obok wielu innych miejsc, jaskinię Ali Baba w Rodellar. Poniekąd charakter tamtejszego wspinania podobny jest to tego znanego z Akiry – niskim dachem jaskini bez liny, czyli niby bulder, a jednak dość długawy. Na początek padły Ali Baba 8c+ oraz Hulk 8c, po czym Hulk został przedłużony dając Hulk extension za 8c+. Stąd już prosta droga do połączenia obu linii w Ali Hulk 9a, którego przedłużenie dało 9a+, a dorzucenie startu z siadu – 9b… Uff… Może to i trochę skomplikowane, może za bardzo bulderowe – no, ale jakieś wyobrażenie o kolejnym stopniu można było już nabyć.

Drugi ze wspomnianych panów – Fred Rouhling nie dał satysfakcji swoim oponentom w sporze o Akirę i konsekwentnie realizował nowe projekty, a co najważniejsze w dość solidnych wycenach. Tyle, że dopiero powtarzający mogli to zweryfikować, bo Francuz jak ognia wystrzegał się podawania cyfry – co najwyżej mówiąc, że będzie to coś w zakresie 9… Nie inaczej było z Salamandre w St. Pierre en Faucigny – 30 metrowa droga oferuje palczaste, a dokładniej jedno-palczaste przechwyty do których, mimo leżącego Fredowi takiego charakteru, zmusiła do popracowania na kampusie z 1 cm listewkami. Jako, że była to linia już znana i wcześniej obita, więc w środowisko miało już jakieś wyobrażenie o trudnościach, które jeśli nie są, to z pewnością liżą 9b.

WIELKA MIŁOŚĆ

Kiedy tak sobie starzy mistrzowie kombinowali do akcji ponownie wkroczył gwiazdor amerykańskich wspinaczkowych superprodukcji filmowych, znany nam już Chris Sharma. Pomimo, że pomieszkiwał na stałe w Hiszpanii to jakiś patriotyczny duch zawiódł go do bezludnego, pustynnego Clark Mountain. Tam też znajdował się zapomniana, ponad 70-metrowa linia Randy Leavitta, który widząc trudności obił ją raczej dla potomności, mając zapewne nadzieję, że dożyje dnia kiedy ktoś będzie w stanie takie monstrum poprowadzić. Chris zauroczył się pasażem spędzając kilka bezowocnych miesięcy na patentowaniu. Niemniej jednak musiało minąć półtorej roku, aby „dojrzał” do czystego pociągnięcia pasażu. Udało się to ostatecznie w lecie 2008 i tym sposobem Jumbo Love stała się rzeczywistością. Jak wieść niesie, Sharma złamał się i nieśmiało zalicytował 9b – wzbudzając tym przy tym małą kontrowersję, bo pojawiły się głosy, że tu wypada krzyknąć 9b+. Przy czym warto pamiętać, że w owym czasie Chris miał w swoim dorobku dwie drogi 9a+ (Realization, La Rambla) oraz Es Pontas. Dopiero później nadejdzie pora na Golpe de Estado 9b, Open your mind direct 9a+, Papichulo 9a+, Demencia Senil 9a+, Pachamama 9a+, Neanderthal 9b…

W SZLACHETNYM STYLU

W ślad za wyznaczaniem kolejnych cyfr skali trudności podąża nieomal nieodłączny towaszysz – szlachetny styl OS, w którym dwa nazwiska wpisały się na karty historii. Po dziewięciu latach od sieknięcia przez Elie Chevieux 8b+ OS, doczekaliśmy się w 2004 kolejnego przełomu – tym razem w grocie Baltozola, w której to Yuji Hirayama pociągnął bez znajomości White Zombie 8c. Japończyk był dość solidnie zmotywowany, gdyż taki styl i trudność były od dawna jego marzeniem – pięć lat wcześniej „przeonsajtował” Mortal Kombat, który jednak dość szybko został przeceniony na 8b+. Co się odwlecze to nie uciecze… Szybko też elitarny klub „8c OS” zaczął się powiększać o kolejne nazwiska (Mrázek, Usobiaga, Puigblanque – z czego dwóch ostatnich miało na koncie dwa takie przejścia). Co prawda nie obyło się bez sarkazmów i złośliwości: pewnie to wymagnezjowane było, a tamto było po części znaną kombinacją, czy też kumpel wcześniej powiesił ekspresy, albo że po prostu łatwe. Niestety OS rządzi się swoimi prawami i trzeba się jakoś z tym pogodzić ;) Tymczasem nadszedł grudzień 2007 roku – idealne warunki pogodowe sprzęgły się nadnaturalną mocą Patxi Usobiagi. W ciągu jednego tygodnia do kapownika Baska wpada: La Rambla extension 9a+, La Novena Enmienda 9a+, Esclatamasters 9a, Fuck the system 9a, – a w ciągu jednego dnia onsajtem: Variante Monocroma 8c OS oraz po jednej 8b+ i 8b – no i wiele pomniejszych „rozgrzewkowych” dróg… Ledwo po tym strzepnął bułę, a już dobrał się do otwartego projektu w Exaturii na którym wcześniej połamało się kilka sław. Efekt był piorunujący – linia Bizi Euskaraz 8c+ zostaje otwarta onsajtem! Jeżeli porównać daty pierwszych potwierdzonych stopni RP to najlepsze przejścia OS usadawiały się jakieś 3-4 stopnie niżej. Tymczasem wyczyn Usobiagi zbliżył oba style na odległość zaledwie dwóch stopni! Po prawdzie w następnym roku Sharma odjechał, co jednak tylko podkreśla fenomenalne osiągnięcie sympatycznego Baska.

NIEODPARTY UROK KOBIET

team-josune-bereziartu-climbing

Josune Bereziartu

O ile wśród mężczyzn czołówka przez nieomal cały czas była w miarę wyrównana i progres wytaczania najtrudniejszych pasaży miał swoje tempo – o tyle wśród kobiet sytuacja jest o trochę bardziej dramatyczna.

Niewątpliwyą liderką na przełomie wieków była Baskijka Josune Bereziartu – to do niej należały kolejne rekordy kobiecego wspinania: 1998 – Honky Tonky 8c oraz 2000 – Honky Mix 8c+, obie oczywiście w Oñate. Jeśli do tego dopisać OS na Bon Viatge 8a+ w Terradets i bulderowy problem Berezi 8A w Larraona – to niewiele kobiet obecnie, po dziesięciu latach, wspina się na takim poziomie. A przecież Bereziartu nie zatrzymała się na tym i przez kolejne sezony podnosiła systematycznie zarówno swój poziom, jak i całego wspinania kobiecego.

W 2002 roku przechodzi Bain de Sang 9a w Saint Loup – można przy tym powiedzieć, że jest to ponad dziesięć lat po pierwszej poprowadzonej drodze przez panów w tym stopniu. Z drugiej jednak strony było to osiągnięcie zaledwie o stopień niższe niż ówczesne, potwierdzone i zaklepane najtrudniejsze wytyczone przez meżczyzn linie. Na tym się oczywoście nie skończyło. Dwa lata później dorzuciła do wykazu kolieją 9a – Logical Progresion w japońskiej Joyamie oraz wyrównała kobiecy rekord OS na Steroid Performance 8b w Horai. Po kolejnych dwóch latach, i przejściu Bimbaluna 9a/+, wyznaczyła nową jakość na Hidrofobia 8b+ w Montsant siekając ją w szlachetnym OS-ie. Wspomnieć wypada jeszcze o osiągnięciu przez nią bulderowego 8A+ ( Atomic Play Boy w 2001) oraz trawersu za 8B+/C (Travesía de Baltzola – 2002). Po czym pomału odchodziła od wspinaczki sportowej koncentrując z sukcesem swoją siłę na wielkich ścianach i lodzie…

Przyszłóść kobiecego wspinania nie przedstawia się jadnak, aż tak mrocznie. Wszak na arenie widać sporo utalentowanych dziewczyn, jak choćby Charlotte Durif, Johanna Ernst, Jenny Lavarda oraz cały zastęp Słowenek z Mają Vidmar i Natalją Gros na czele, które to z pewna dozą nieśmiałości zaczynają dociągać do granic wyznaczonych wcześniej przez Baskijkę, a nawet nieśmiało je przekraczać…

Znamiemmym przykładem jest zeszłoroczne przejście Le roi du pétrole przez 20-letnią Charlotte Durif. Pasaż znajdujący się w Pic Saint Loup został pokonany w stylu OS, a wyceniony na 8c. Niemniej rekordowe przejście zostało potraktowane przez media z pewną dozą nieśmiałości. Oczywiście zostało odnotowane, jednak bez należnego poklasku towarzyszącego innym przełomowym przejściom. Można wskazać sporo przyczyn takiego stanu rzeczy, począwszy od mimo wszystko niepewnej wyceny, poprzez zaliczanie sobie przez Francuzkę przejść w stylu OS, które nie powinny się znaleźć w wykazie biorąc pod uwagę czystą definicję stylu (drogi bardzo blisko siebie, czasami nawet powtarzanie niektórych odcinków) – a skończywszy na zdaje się najważniejszej rzeczy współczesności, czyli przekazywania informacji w języku… angielskim. Przypadek Durif stanowi wybitny przykład braku zainteresowania, czy też możliwości zgłębienia tematu jeśli źródłowe informacje nie powstają właśnie w języku Szekspira. A nie jest to niestety odosobniony przykład.

WSPINANIE NA POWAŻNIE

Nie sposób też pominąć wspinania tradowego, które co nieco otrząsnęło się po okresie „burzy i naporu” lat 80-tych. Nie bez oporów i kontrowersji czołówka wspinaczy zaprzęgła w działaniu metody wspinania sportowego idąc na kompromis stylowy – po prostu wielu postrzegało to jako konieczność w osiągnięciu celu, którego środki zostały uświęcone. W tej dyscyplinie, jak łatwo się domyślić, ton nadawali głównie Brytyjczycy oraz Amerykanie z pomocą Kanadyjczyków.

Największą bolączką tradów jest niezmierzalny czynnik ryzyka, które ponosi wspinacz. Z kontynentalno-europejskiego punktu widzenia nieomal niemożliwym jest ocenienie klasy przejścia w sposób iście matematyczny, gdyż w dużym stopniu opiera się to na renomie. O ile jeszcze amerykański system wyceny tradów stara się w miarę przybliżać trudności i zagrożenie (choć po prawdzie np. R bądź X może, brutalnie mówiąc, przybierać różny „efekt” końcowy), o tyle brytyjska skala stanowi nie lichą zagadkę. W moim odczuciu problem nie leży jednak w skali E, a w jej rozszerzeniu dotyczącym trudności, bo brytyjski stopień zawierać może nawet i trzy stopnie francuskie, o amerykańskich nie wspominając. Niejednokrotnie można znaleźć, że sami Brytyjczycy mają nie lichy z tym problem dopisując a to stopnie francuski, a to bulderowe – wyceniając swoje przejścia. Na korzyść Wyspiarzy na pewno można zaliczyć ogólną trudność w wycenianiu w ich sztandarowym produkcie jakim jest grit ze względu na charakter wspinania po nim. Za przykład niech posłużą: Rhapsody Br7a (Fr 8c/+?), Elder Statesman Br7b (Fr8b+?), Equilibrum Br7a (Fr8b?)…

Jednak wracając do tematu trzy wydarzenia zasługują na szczególna uwagę. Po pierwsze poprowadzenie w 2006 roku linii Rhapsody na skale Dumbarton przez Dave MacLeoda, który zaproponował dla niej niespotykaną wcześniej wycenę E11. Pomijając już kontrowersje związane z ogranicznikiem oraz względne bezpieczeństwo (w rozumieniu brytyjskim) to droga ta wyprowadziła trad na poziom 8c+, potwierdzając tym, że solidny trening i determinacja pozwalają na wytyczanie tradowych ekstremów nawiązujących w jakimś zakresie do osiągnięć sportowego wspinania. Nie należy przy tym zapominać, że Szkot po dwóch latach pracy podnosi jeszcze tą poprzeczkę otwierając Echo Wall na ścianach Ben Nevis. Ze względów logistycznych zapewne szybko się nie dowiemy jaka to trudność, zważywszy że MacLeod powtarza tylko, że jest to trudniejsze od Rhapsody. Aczkolwiek w swojej książce „9 out of 10 climbers make the same mistakes” podaje wycenę dla Echo Wall E11, co raczej jednak można zaliczyć jako kurtuazyjne zamknięcie dysputy w gronie kanapowych krytyków, czy w ogóle stopień E12 może istnieć.

Zresztą rok 2006 przynosi wsparcie dla szalonych poczynań Szkota – w Indian Creek Sonnie Trotter uporał się z „odwiecznym problemem” jakim była rysa Cobra Crack. Nie było wątpliwości, że i w tym wypadku zalicytowana wycena będzie dość wysoko. I tak też świat ujrzała tradowa 8c/+. Zresztą na tym Kanadyjczyk nie poprzestał bo jako drugi wpisał się na listę pogromców Rhapsody.

Wspinanie tradowe ma swoje własne wymagania, gdyż wymaga zdecydowanie większej wytrzymałości. I kobiety niejednokrotnie udowadniały, że w tej dyscyplinie mogą się równać z mężczyznami. Najwybitniejszym tego przykładem może być Beth Rodden, która po czterech miesiącach pracy w 2008 roku poprowadziła w Yosemite ryskę Meltdown, a do tego zakładając asekurację podczas prowadzenia. Choć po prawdzie Rodden unika jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o wycenę, sugerując jedynie, że jest to trudniejsze od wcześniej poprowadzonych przez nią 5.14 – co daje wyobrażenie, że zapewne możemy mieć do czynienia z 8c+.

Do czego jesteśmy w stanie dojść w tradzie? To się zapewne okaże, ale dwa czynniki z pewnością będą działały „in minus”: niszowość tej dyscypliny, a zatem mniej w sensie ilościowym utalentowanych wspinaczy, oraz konieczność wyszukiwania linii, które nadają się do założenia choćby iluzorycznej asekuracji – no chyba, że nastąpi w tym zakresie jakiś przełom technologiczny.

ZŁOTE DZIECKO

adam-ondra-kotecnik-miha-dosler

Adam Ondra

Wróćmy jednak do głównego nurtu wspinania sportowego. Otwierający dekadę rok 2001 był nie tylko pamiętny ze względu na wyczyn Chrisa Sharmy – także był to rok w którym świat usłyszał o 8-letnim wówczas chłopczyku z Moraw, który poprowadził onsajtem kilka 7b+. Tym sposobem rozpoczęła się jedna z najciekawszych karier wspinaczkowych wszech czasów, którą wyznaczały przez kolejne lata kolejne stopnie: 2002 – 8a, 2003 – 8a+, 2004 – 8c, 2005 – 8c+, 2006 – 9a, 2008 – 9a+… Mowa oczywiście o Adamie Ondrze, gdyby ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości. Czech zadziwiał środowisko szybkością, ilością i jakością przejść. Wszystkich rekordów które ustanowił po drodze nie sposób zliczyć, a media ochoczo rozpisywały się o tym ile i jakich ekstremalnych pasaży, a to OS-em, a to RP, pokonał w dzień, czy weekend, czy też w tydzień. Zapewne gdybyśmy przyjęli jakiekolwiek kryterium cyfrowo-ilościowo-czasowe to nie sposób znaleźć dla Ondry godnego przeciwnika, a do tego wszak jeszcze wypada pamiętać o jego wieku nastu lat… No może poza jednym. Do ostatniego roku dekady brakowało Czechowi przysłowiowej wisienki na torcie wpisów do zeszycika. Niemniej w 2009 roku uporał się z autorską Marina Superstar, która lizała stopień 9b. A w kolejnym roku powtarzając Golpe de Estado ustanowioną nieco wcześniej przez Sharmę. Przy czym wspomnieć należy, że Ondra pokonał nieco trudniejszą wersję pasażu ze względu na obryw i tak pokonaną drogę wycenił na nieco trudniejszą od Marina, a zatem mającą 9b. Postawił tym samym pod ścianą Amerykanina, bo dokonując po prawdzie pochopnej i nie zweryfikowanej analogii: możliwe, że inne linie Sharmy okrzyknięte „dziewiątkami be” okażą się pod szponami Adama łatwiejszymi, a dokładniej rzecz ujmując niższymi w cyfrze.

Pozostając wciąż jeszcze przy Ondrze warto wspomnieć o jego wręcz purytańskim podejściu do definicji stylów. W tej kwestii nie idzie on na żadne kompromisy i pomimo młodego wciąż wieku wie czym jest prawdziwy onsajt, a czym redpoint – czego przykład można było podziwiać w trakcie krótkiej wizyty w Mamutowej. Przykład tym bardziej godny pochwały i naśladowania w dobie nieco łagodniejszej interpretacji przez niektórych wspinaczy. Drugim dość istotnym spostrzeżeniem w odniesieniu do osoby Ondry jest jego szacunek dla historii objawiający się w chęci zmierzenia się (oczywiście przeważnie skutecznego) z drogami stanowiącymi swoiste dziedzictwo wspinania sportowego, a obecnie nieco zapomnianymi, bądź po prostu nie znajdującymi się obecnie w modnych ogródkach sportowych Hiszpanii. Tym samym Czech przypomniał światu o takich drogach jak choćby Open Air, czy Om – nie mówiąc już o wyhaczeniu wszelkich ekstremalnych projektów we Włoszech.

Przykład Adama Ondry ukazuje jak będzie wyglądało wspinanie sportowe w następnej dekadzie. Za nim podążają Charlotte Durif, Johanna Ernst Geoffray de Flagergues, Enzo Oddo i inni młodzi gniewni, których łączy rozpoczęcie przygody ze wspinaniem na dość wczesnym etapie życia – niejednokrotnie nawet nie nastu, a ledwie kilku lat życia. Drugim łączącym elementem jest nieomal bezgraniczne zaangażowanie rodziców w karierę swoich pociech, którzy stwarzają warunki i odpowiednią atmosferę. Miejmy tylko nadzieję, że w pozytywnym znaczeniu.

***

Jak widać sporo się działo w pierwszej dekadzie. Czego się możemy spodziewać w nadchodzącej? Czego oczekiwać? Oczywiście wiele, pod warunkiem, że nie spadną na nas kataklizmy, śnieżyce, powodzie i generalnie „dupiane” lato ;) Dla mnie osobiście ciekawym wydaje się wyścig, o konie się nie martwię, czy pierwsza będzie 9b+ RP, czy 9a OS w wykonaniu panów? Jak szybko kobiety wyprzedzą osiągnięcia Bereciartu? Czy istnieje techniczna możliwość prowadzenia jeszcze trudniejszych tradów? No i przedewszystkim, gdzie leżą ludzkie możliwości w pchaniu cyfry? Czy w ogóle takie istnieją?


[1] Taternik 2/2001. Manifest został odczytany w 2002 roku na zjeździe Polskiego Związku Alpinizmu i nie obejmuje faktu pierwszego zimowego wejścia na Shisha Pangma, którego dokonali 14.01.2005 roku Piotr Morawski i Simone Moro w w ramach wyprawy kierowanej przez Jana Szulca.

[2] Agincourt jest miejscem zwycięskiej przez Anglików bitwy z Francuzami podczas Wojny 100-letniej. W języku francuskim nazwę pisze się jako Azincourt. Dla przykładu można by to orównać do sytuacji w której Polak sieka drogę we Frankenjurze i nazywa ją Grunwald (choć dla Niemców to była bitwa pod Tannenbergiem).

[3] Piotr Korczak „Przeciw tradycji”, A/Zero 16, 2009

Reklamy
Posted in: UncategorizedMożliwość komentowania Pierwsza dekada, czyli krótka historia wspinaczki skalnej 2001-2010. została wyłączona