Home

Od dziecka chowany pośród galicyjskich pagórków zawsze odczuwałem niepokój, kiedy otaczający krajobraz przybierał formę idealnie poziomej linii wyznaczającej horyzont… Płaska jak stół Szwecja w ten przedziwny sposób mnie przerażała.

Edynburg – dumna stolica Szkocji, zwana przez przyjezdnych Atenami północy, a przez większość mieszkańców Reykjavikiem południa – zachowując właściwe proporcje, budziła się z zimowej zapaści. Trawniki zazłociły się żonkilami, skwery pokryły krokusami, a parki wypełniły zawilcami. Znaczy się wiosna wkraczała do miasta. Gdzieniegdzie jeszcze straszyły hałdy śniegu zalegającego po zimie stulecia, która nie tylko zaskoczyła drogowców, ale wręcz zniechęciła ich do jakiejkolwiek odśnieżania – wszak zapasy soli i piasku i tak skończyły się na początku grudnia… Odchodzącą zimę żegnałem ze szczególną „czułością“ – traumatyczne przypadki z mijającego sezonu w szkockich górach poskutkowały rozsprzedaniem wszelakiego szpeju i szczerą niechęcią do jakiejkolwiek zimowej czynności w której niezbędnym byłoby użycie czekanów i raków…

Tymczasem z tego nastroju pełnego nadziei wydarł mnie SMS od Łukasza: „Dzisiaj są moje urodziny. Wpadnij“ – No i co tu świętować? Że się jest o kolejny rok starszym? Perspektywa spędzenia wieczoru w nieznajomym gronie doktorantów wydziału wiertnictwa naftowego na miejscowym uniwersytecie nie była zbyt zachęcająca – Łukasz od ledwo roku mieszkający w Edynburgu, a do tego w tym czasie częściej przebywający gdzieś w świecie w poszukiwaniu kadrów do uchwycenia na światłoczułej matrycy swojego aparatu, otoczony był w domu znajomymi swojej dziewczyny. „Dobra chłopaku, jakoś się w tygodniu złapiemy. Daj znać co ze Szwecją?“ – odpisał na moje pokrętne wymówki. „Z jaką Szwecją?“ – podjąłem niezrozumiały dla mnie wątek. „Nic ci nie mówiłem? Wpadnij jednak to pogadamy“. Nieświadomy jeszcze niczego połknąłem haczyk. Kilka minut później pędziłem na urodzinową imprezę Łukasza, by dołączyć do grona kilku wiertników naftowych…


Czy można sobie wyobrazić bardziej intrygujące imię dla dziewczyny, niż Tintin? Jeśli do tego dodać, że jest rodowitą Szwedką to mieszanka powstaje z tego iście wciągająca. Tylko jeden minus, który ma na imię Nick. A jakby tego było mało to jeszcze o dość medialnej twarzy. Przynajmniej w Polsce od kiedy podobizna jego ukazała się w jednym z wydań fotoedycji pewnego dość popularnego magazynu górskiego w tym kraju. Po nie małych przejściach na lotnisku, kiedy to wykryto na ubraniu Łukasza ślady prochu dotarliśmy do Sztokholmu, w którym to właśnie, oczekując na przybycie reszty załogi – oddawaliśmy się gościnie pary angielsko-szwedzkiej. W ramach atrakcji przewidziano dla nas wizytę w pubie urządzonym na modę… angielską. Naprawdę tego nam brakowało, ale czy ktoś wie jak wyglądają w swoim stylu szwedzkie bary? – Wiesz, tu piwo jest drogie i nie ma w zwyczaju stawianie kolejki – wziął mnie na stronę Nick, kiedy zamawiałem dla wszystkich jakieś napoje. Ostatecznie stanęło na tym, że aby było sprawiedliwie to każdy postawi kolejkę i wyjdzie na to samo. – Zajebiście mi się to podoba. Jak za dobrych czasów w Anglii – podchwycił ideę Nick – Tego mi tutaj brakuje.
Wizyta u Tintin miała też „strategiczne“ znaczenie. Pracowała ona w sklepie ze sprzętem, a potrzebowaliśmy „pożyczyć“ trochę szpeju, gdyż dość limitowany bagaż oferowała linia lotnicza, którą przybyliśmy. Choć muszę przyznać szacun dla Łukasza, dzięki któremu nauczyłem się przewozić znacznie więcej, niż to teoretycznie możliwe. Kieszenie spodni i kurtek stanowią nie liche miejsce na wszelaki sprzęt fotograficzny… Niczym Leopold Bloom w Dublinie – zapadliśmy się w Sztokholmie, oddając się nieskończonej rozkoszy społecznej instytucji jaką jest fika – wypijając oczywiście przy tym litry kawy przejadanej cynamonowymi kanelbullarami. Czas był jednak nieubłagany i z Kopenhagi nadjechała nasza druga „połowa“ – brytyjski duet Rob i Malcolm.

*

Mknęliśmy autostradą na Uppsallę. Za oknem wypożyczonego Forda Focusa w wersji C-max przesuwały się zagajniki szarozielonych lasów wyrosłe z białej stolnicy szwedzkiej ziemi. Auto szczelnie wypchane zostało nie tylko niezbędnymi kilometrami lin, tonami żelaza i najcieplejszymi ubraniami jakie kto tam w domu miał – całość dopełniał ekspedycyjno-himalajskich rozmiarów zapas produktów spożywczych wiezionych z Danii ze względu na powszechnie panującą szwedzką drożyznę nie wytrzymującą nawet kieszeni nabijanych ciężkimi funtami szterlingami. Wtulając się pomiędzy szybę, sprzęt fotograficzny, kurtkę puchową i pudło pomidorów – próbowałem zasnąć. Spłaszczony krajobraz przyprawiał mnie o mdłości. Nie znoszę kiedy na horyzoncie nie ma na czym oka zawiesić. I niby na tej bezkresnej równinie mamy znaleźć miejsce w którym da się wspinać w lodzie? I jeszcze przywieść z tego niesamowite zdjęcia? Czy komukolwiek na świecie Szwecja kojarzy się ze wspinaniem lodowym? Ikea – hotdogi za złotówkę – Volvo – Sabb – Ericsson – oziębłe blondynki – drogi alkohol – to naturalny dla mnie ciąg myślowy związany z tym krajem. Co bardziej uważający na lekcjach mogą jeszcze dodać Potop, obronę Częstochowy i zadawanie przez Kmicica ze szmaty na lufie armatniej. Gdzie tu miejsce na dziaby i raki? Ustawicznie powtarzana przez moich współtowarzyszy mantra: Szwecja – Will Gadd – kopalnie – kilkusetletnie lody, jakoś nie przemawiała do zachowanych w mej pamięci cywilizacyjnych engramów, a wszak podstawówkę ukończyłem z wyróżnieniem…

Ze snu wybudziło mnie szarpanie siedzącego obok Łukasza. Paniczne szarpanie. Zbyt paniczne. – Chłopaku, zapinaj pasy – docierało do mnie z jawy, gdy przez wpółotwarte oczy zobaczyłem wyprzedzającego nas bordowego Sabba z niebieską, mrugającą lampką za przednią szybą. Kierujący autem Rob karnie zjechał na pobocze i udał się nie mniej karnie na zaproszenie szwedzkiego policjanta. – Czy potrzebujemy Roba? – zapytał Łukasz widząc, że pakują go do Sabba. – Eeeeee… Możemy to zrobić bez niego – odparł ubawiony Malc. Nie było jednak do śmiechu, kiedy zobaczyliśmy rachunek wystawiony przez policję za przekroczenie prędkości. Zdecydowanie nie adekwatny do nieznacznego jej przekroczenia.

Mysterious_Ice_Mines.jpg

Staliśmy z Robem na krawędzi olbrzymiej dziury, wyczekując na wieści płynące z drugiego końca czarnego statyka opadającego w mroczną czeluść. W założeniu szybki rekonesans przedłużał się niemiłosiernie. Dookoła zapadał zmrok. Ogorzała twarz Roba Gibsona, poorana głębokimi bruzdami nasuwała mi na myśl, że mam do czynienia raczej ze stałym bywalcem angielskich pubów i wyznawcą jak najbardziej tradycyjnego podejścia do życia przez wspinaczy brytyjskich, niż z jednym z najciekawszych wspinaczy mikstowych na Wyspach. Zresztą jaka to różnica? Nie miałem nigdy wcześniej okazji spotkać Roba – niemniej jego postać docierała regularnie do mej świadomości w przeróżnych zakątkach Brytanii – od skutych mrozem traw Szkocji po pub Małego Johna w Hathersage w restowe nasiadówki przy sausages… Jak przystało na nieodrodne dziecię Albionu, Rob parał się wszelakimi formami wspinania – od baldów przez trady, spitostrady po lody i trawki, a do tego w przeróżnych miejscach od południowej Afryki po Islandię. Wieść zaś gminna niesie, że odmówił swego czasu asekurowaniu jednego z naszych rodaków, gdy ten chciał popchnąć cyfrę w gritach. Bynajmniej nie poszło o zbyt duże ryzyko i powagę drogi, a o podebranie dziewczęcia. Ile w tym prawdy? Ludzka zawiść, jak i plotkarstwo nie znają granic – szczególnie przy pincie angielskiego piwa, wszak jakoś trzeba podbudowywać nadwątloną psychę… Skrzeczenie radia wytrąciło nas z ponurej obserwacji „czarnego statyka opadającego w mroczną czeluść“.
– Hej, ladies! Zjeżdżacie? – zatrzeszczał głos Malcolma.
– Ciemno się robi. Ze wspinu dzisiaj dupa – odchrząknął Rob ocknąwszy się z hipotermicznej zapaści – Wracajcie na górę. Jurto uderzymy wszyscy od wczesnego rana…
– No, to co? Zjeżdżacie? – nieustępliwie skrzeczało radio.
– Po co?
– Bo tutaj jest pięknie!

*

Przyczyną, a może raczej skutkiem tego, że siedzieliśmy kilkadziesiąt metrów pod ziemią wpatrując się w wytwory zamarzającej kopalnianej wody – była kolacja we dwoje Malcolma Kenta w mroźną, księżycową noc w kanadyjskiej mieścinie Canmore spędzona trzy lata wcześniej. Partnerem przy świecach był człowiek przedkładający sałatkę nad hamburgery oraz redbulla nad piwo. Człowiek znany z nieszablonowych przygód i awantur, któremu nie obce są nawet zmagania na Górze Wdżar. „Super cool, super wild ice climbing area – 160 metrów pod ziemią“ – wyznał Malcolmowi tuż przed rozstaniem, a właściwie dołączeniem do after party dla prawdziwych macho po Canmore Ice Climbing Festival. Człowiek ten nazywał się Gadd. Will Gadd.

„Przylepiło się to do mnie jak guma do żucia do spodni“ – finezyjnym angielskim idiomem opisywał Malc dlaczego ściągnął nas właśnie w głąb szwedzkiej ziemi… No, właśnie to wszystko przez Malcolma Kenta, dość umnego wspinacza lodowego, rokrocznie startującego w zawodach Pucharu Świata. Anglik, przypominający wyglądem raczej Hiszpana lub jakiegoś innego Latynosa pomieszkuje na co dzień w duńskiej Kopenhadze, zarabiając na życie w holenderskiej korporacji Shella… Od lat jest pomysłodawcą zakręconych projektów, czerpiąc przykład i wzór ze wspomnianego kanadyjskiego guru. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że skutecznie namawia Łukasza Warzechę do brania udziału we wszelakich awanturach – co też wydało owoc w postaci mojego uczestnictwa w celu jak najbardziej utylitarnym, czyli transportowania na własnych plecach wszelakich urządzeń fotograficznych za naszym GÓRskim fotografem…

20100404-_MG_7441_2-2web-horizontal-697x340.jpg

W Polsce mamy skarbnika, strzegącego podziemnych bogactw. W Skandynawii kopalniami władają złośliwe i psotne Koboldy. Nie wiem, czy mają w swym zachowaniu jakiś cel? Czy po prostu wynika to z ich natury? Niemniej już pierwszego dnia dały o sobie znać. Choć po prawdzie to zwalić nam przyszło na nie swoją głupotę… Nie zabezpieczyliśmy liny przed małpowaniem – cóż jak najszybciej chcieliśmy zjechać w dół. Łukaszowi podniosło się lekko ciśnienie, kiedy na ostatnich metrach kilkudziesięciometrowego podejścia zobaczył rozwalony oplot i wyszarpane nitki rdzenia. Druga lina, która teoretycznie mogła służyć za zabezpieczenie, była w tym samym czasie używana przez drugiego wspinacza… Żeby było szybciej… Trzeba będzie uważać następnym razem. Trzeba będzie zorganizować jakieś osłony. Trzeba będzie… Gorączkowe rozkminianie przerwane zostało przez huk. Potężny huk. Tym większy, że roznoszący się z echem całego systemu podziemnych korytarzy. Z dołu, na linie podchodził jeszcze Malcolm.
– Słyszałeś jak pierdolnęło? Widziałeś coś? – próbowaliśmy zainteresowani nawiązać łączność z dołem – Chyba to z sąsiedniej jaskini?
– Nie stary, lodowa kurtyna właśnie przeleciała za moimi plecami – skrzeczało radio.
Rekonesans można było uznać za zakończony, a za podsumowanie posłużyły słowa Malcolma: „Modliłem się. To miejsce jest niebezpieczne, jak żadna inna wspinaczkowa miejscówka jaką możecie sobie wyobrazić. To jak buldering na polu pełnym min przeciwpiechotnych“, dodając przy okazji: „Czy powinni zagrać Simona i Garfunkela na moim pogrzebie?“.

MM376_Suede-2.jpg

Rob wynalazł linię na nową drogę. Trochę skały, trochę lodu. Odszedł jednak od tradycji brytyjskich, postanawiając ją haniebnie obić. Po dwakroć haniebnie. Raz, że wogóle obić. A dwa, jak? Dwa spity na 25 metrach. O klasie drogi zaświadczył Kristoffer Szilas – duński mistrz naostrzonych czekanów, który kilka dni potem przybywa i zostaje odrazu wpuszczony w pierwsze powtórzenie cedząc przez zaciśnięte zęby, że kilka spitów więcej by nie zaszkodziło. Pasaż Feathers (Pierze) otrzymuje tym samym potwierdzenie wyceny na poziomie M7 WI5… Kilka godzin pracy Roba nad wbiciem dwóch spitów daje najbardziej popalić Malcolmowi oraz mnie. Stojąc na małej platformie, bez możliwości zbyt wielkiego ruchu – marzniemy. Do tego jeszcze na koniec musimy pozbierać wszelkie zabawki (m.in. wiertarka oraz akumulator do fleszy) i wytargać na górę. Jakieś 60 metrów wolnego małpowania na linie. Nie ma, że przebacz… W głębi kopalni lód nigdy nie topnieje. Nie dociera tu słońce, ani ciepło – albo jest go zbyt mało, aby uporać się ze stopieniem ton lodu. Kiedy nadchodzą na powierzchni roztopy – woda ścieka w dół i zamarzając tworzy olbrzymie lodowe stalakmity. Z roku na rok coraz większe przez nabieranie na siebie coraz to nowych warstw. 200-300 lat temu szwedzcy górnicy zaczęli dobywać w tym miejscu rudę – na poły odkrywkowo, na poły drążąc ciemne korytarze. Od tego czasu zapewne zaczęły powstawać wszelkie lodowe formacje. Rozmyślam o tym mozolnie prąc do góry, gdy nagle małpa zsuwa się z liny. Woda siekająca z góry, z wiosennych roztopów skuła lodem nieużywanego od kilku godzin wyświechtanego statyka. Ocucony zostałem niczym kubłem zimnej wody w twarz. Używaliśmy do wspinania zestawu jumar + gri-gri. Jeśli małpa nie zakleszcza się na linie – to co dopiero gri-gri? „Kurwa, jestem w dupie. Dlaczego to akurat mnie się musiało przytrafić?“ Pojawia się strach. Miałem drugą linę zabezpieczającą do której wiązałem się co jakiś czas, ale spadnięcie 10 metrów zakończone szarpnięciem na statyku może nie najlepiej się skończyć… Kurczowo zakleszczam ręką linę na gri-gri. Ciekawe ile tak mogę wytrzymać? Sekundy, które zdawały mi się wiecznością przelatywały w ponaddźwiękowym tempie. „Mam!“ – obcy mi przebłysk ulotnego geniuszu wymyślił przepięcie się do drugiej, suchej, zaimpregnowanej, kochanej, cudownej liny… Zapierniczam w górę jak mały samochodzik. Słyszę świst. Odruchowo, jak to się często opisuje w literaturze górskiej, kulę głowę w ramiona. Kawałek niewiadomej prowinencji bloku skalnego uderza na półkę na której krzątał się Malcolm. Zanim wyciągnąłem głowę z ramion usłyszałem terkotanie i pobrzękiwanie krótkofalówek. Chłopaki z góry nadają. Bez odzewu. Boję się spojrzeć na dół. Brzęczenie nie ustaje. – Malc? Czy wszystko w porządku? Malc? Co tam? Malc? – skrzeczy radio. Wreszcie spoglądam i widzę świecącą się czołówkę. Bloczek wielkości stołu uderzył dwa metry od Malcolma, który z rozbawieniem macha do mnie ręką. – Malc? Czy wszystko w porządku? Malc? Co tam? Malc? – skrzeczy wciąż radio. Chłopakom nie mogącym zobaczyć co się dzieje na dole, podnosi się ciśnienie. Krzyczę do nich, że wszystko w porządku… Kiedy Malcolm dotarł na powierzchnię, pierwszym męskim pytaniem było czemu się nie odzywał? – Chciałem was wystraszyć – z rozbrajającą szczerością i szelmowskim uśmiechem wyznał. „Bastard“ to słowo, które otrzymał w zamian.

MM376_Suede-3.jpg

80 metrów wolnego zjazdu w powietrzu może zakręcić w głowie – nawet jeśli to kolejny dzień w kopalni i wszyscy powinni się już jakoś przyzwyczaić. Tym razem dotarliśmy do największej komory. Rozmiary iście bizantyjskie lub niczym Kaplica Sykstyńska. Jakieś 100-120 metrów wysokości i tyleż szerokości. A pośrodku olbrzymi lodowy stalakmit przypominający… tulipana. Choć chyba każdy z nas miał inne skojarzenie (przecież nie tylko ja mogłem mieć takie) – roboczo nazwaliśmy go właśnie tulipanem.

Pierwszym odruchem po zjechaniu było wyciągnięcie aparatu, a ściślej rzecz ujmując telefonu i robienie zdjęć dookoła. Skojarzenia tolkienowskie, dość wyświechtane są jednak jak najbardziej adekwatne. Przynajmniej wszyscy rozumieją klimat bardziej, niż przez epicko-poetyckie autorskie opisy. Kilkadziesiąt metrów ode mnie stał Rob. Machał. Zrobiłem zdjęcie i jemu. Dalej macha. Coś jeszcze przy tym mamrota. Jednak z cicha.
– Chłopaku, może byś uważał – pokazał w górę palcem Łukasz, który właśnie zjechał. Olbrzymi stalaktyd wisiał dokładnie nade mną. Więc to dlatego Rob tak machał. A jak głupi myślałem, że mi do zdjęcia pozuje…
Nieopodal można było zobaczyć roztrzaskaną o podłoże bryłę lodu wielkości małej ciężarówki, która jeszcze zapewne niedawno wisiała u powały. Oczywiście ostrzeżenia chłopaków na nic się zdały. Zmuszony byłem do recydywy – przebiegając wzdłuż i wszerz całą jaskinię, a to z lampami błyskowymi, a to je przestawiając. Malc przymierzał się do „tulipana“. Rob go asekurował. Łukasz znalazł niesamowite miejsce na niesamowity kadr – a ja ganiałem pomiędzy nimi. Cóż, życie asystenta-tragarza nie należy do najłatwiejszych. A sława z tego żadna, jeno ponaglenia i poruczenia. ;)

Wspinając się w górach człowiek koncentruje się na pewnych kierunkach. Można założyć, że przeważnie uwaga dotyczy znajdującej się na wprost ściany oraz wszelkich „przedmiotach“ mogących spaść z góry. W kopalni trzeba być przygotowanym, że na każdym kierunku czai się zagrożenie. W trakcie kolejnego rekonesansu dotarliśmy do kolejnego lodowego stalagmita. Tym razem wyrastającego z tafli lodu. – Patrzcie, to może pętla założona przez Willa Gadda? Wyciągniemy i sprzedamy jako relikwię na eBayu! – skrzyknąłem chłopaków, próbując wyciągnąć starego repa z abałakowa na wysokości pasa. – Po co komu pętla w takim miejscu? – zaczęło się rozkminianie. – No do zjazdów – ktoś błysnął. Po czym jak jeden mąż spojrzeliśmy na taflę lodu na której staliśmy. Po czym wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje. Byleby stąpać po kamieniach. Zawsze to dla psychiki nieco łagodniejsze do zniesienia, choć może to tylko jej oszukiwanie?

Eksploracja systemu sztolni, komór, jaskiń nie miała końca – ograniczeniem zdecydowanym był zasób lin które posiadaliśmy. Zjazdy na pierwszy, umownie nazwany podstawowy poziom pochłaniał dwie liny 80 metrowe. W miarę bezpieczne poruszanie się na tym levelu wymagało kolejnych metrów, choć ograniczało się do co najwyżej kilku 20 metrowych poręczówek. Niemniej z każdym dniem odkrywaliśmy kolejne „dziury“, które wymagałyby nawet 100 metrowych zjazdów – co testowaliśmy zrzucając plecak. Przy czym nie tylko przyświecał nam szczytny cel eksploratorów rządnych nowych wrażeń. Przez kilka dni szwędania się po kopalniach – w mniej lub bardziej wyjaśnionych okolicznościach została utracona jedna wypasiona dziaba oraz zwykłe gri-gri. Pomimo większych kosztów, bardziej zależało nam na odzyskaniu przyrządu, gdyż jakieś czekany w zapasie były, a podchodzenie na prusikach nie zapewniało wystarczającego komfortu psychicznego. O ile w ogóle można było o takowym mówić? Niemniej każdy szczegół się liczył dla nadwątlonej psyche i w takich małych drobnostkach upatrywać należało wsparcia.

Właśnie w taki sposób postrzegaliśmy przybycie Kristoffera Szilasa. Żaden z nas nie miał jakiegokolwiek doświadczenia w speleologii. Co poniektórzy tylko, czyli Polacy, byli wcześniej w jakiejkolwiek kopalni. Oczywiście mam na myśli odbycie wycieczki do Wieliczki. I tylko tyle. Operacje linowo-zjazdowe, które zapewne dla przeciętnego „szambonurka“ są czymś oczywistym – dla nas stanowiły nie liche wyzwanie. Zapewne takowy delikwent uśmiałby się z początku, a potem rozpłakał nad naszymi zdolnościami. W każdym razie przybycie Duńczyka – jedynego w pełni profesjonalnego (czytaj: utrzymującego się z tego) wspinacza w naszym gronie uznane zostało jako zdecydowane wsparcie oraz nadzieję na to, że przy nim nie zginiemy. Tym większe, że oprócz markowych ciuchów sponsora – dysponował on prawdziwą lampą jaskiniową. Gdyby był kobietą lub my bylibyśmy innej orientacji, zapewne zaskarbił by sobie nasze skołatane serca dozgonnie. Choć „dozgonnie“ to akurat nie najlepsze w tamtej sytuacji określenie.

Rzeczywistość okazała się jednak brutalna. Respekt, który wzbudził stylem light and fast był po prawdzie przerażający. Używał on do zjazdów półwyblinki, a do podchodzenia oczywiście prusików. A lampa okazała się bezużyteczna… Dla bacznego obserwatora także inny szczegół mógł przykuć uwagę. A mianowicie „pewna doza niepewności w oczach“. Człowiek szybko się adoptuje i przyzwyczaja – choćby do permanentnego zagrożenia. My mięliśmy za sobą już kilka dni w kopalniach – on nie. Po tych kilku dniach nie robiły na nas już żadnego wrażenia liczne obrywy i obsuwy. Chodziliśmy wytyczonymi ścieżkami, które zapewniały jako takie bezpieczeństwo. „Operacje“ linowe mięliśmy opanowane do perfekcji. Znaliśmy wszystkie nadające się do zjazdów drzewa. Bez słowa przygotowywaliśmy plecaki i torby dla zabezpieczania przetarć na sznurkach. Obczajone były miejsca gdzie ryzyko wzrastało lub też można się było poczuć jak „w domu“. Zaczęliśmy stanowić zgraną trupę w której każdy znał swoją rolę i nie potrzebował suflera do podpowiedzi. Kiedy patrzyłem na nabytą pewność siebie Roba, Malcolma, Łukasza – a potem na, nazwijmy to, zagubienie Krisa – widać było jakbyśmy byli urodzonymi szwedzkimi górnikami od dziecka chowanymi w sztolniach… Nie żeby Duńczyk nie miał jaj – ma i to zapewne większe od nas wszystkich razem licząc, patrząc na listę jego dokonań. My się zmieniliśmy przez te kilka dni, stając się samobieżnymi automatami do eksploracji podziemnego świata… Nawet nowe odkrycia i niesamowite formacje nie robiły na nas już wrażenia: kolejna szychta w krainie Koboldów.

*

Zapadło mi w pamięci iście homeryckie porównanie z kultowej „Doliny Białej Wody“. Fragment o „źle skleconej chacie przy wieżowcach Manhattanu“ mogę przypisać do swej własnej osoby. W ostatni dzień po prostu padłem. Nazwijmy to, że zabezpieczałem odwrót lub asekurowałem wycof, ale po prawdzie padłem. Po prostu ubrałem się we wszystkie niepotrzebne chłopakom ciuchy i położyłem się na śniegu, zasypiając…

Tymczasem panowie zapadli się ponownie w czeluść. Tym razem wybór padł na niesamowite lodowe turnie. Nie starczyło lin, aby zjechać do ich podstaw. Wspinaczkę zaczęli z wyszukanej półki. Kończąc na szczycie iglicy z której wymałpowali na powierzchnię. Nie poszło jednak tak łatwo. Aby znaleźć odpowiednie miejsce do zrobienia zdjęcia Łukasz zajął pozycję w sąsiedniej komorze – oddzielony od wspinaczy przepaścią głębokości 100 metrów i takiej też szerokości. Komunikację zapewniało niezawodne radio. – Potrzebuję osobę w żółtej kurtce, żeby była w środku – dyrygował trzema wspinaczami na topie Łukasz – Czy możecie stanąć bardziej symetrycznie? Czy Malcolm możesz odwrócić się w prawo, a Kristoffer w lewo? Wtedy, polecenia takie wydawały się nie na miejscu – stojąc na piku, nad przepaścią lodospadu – teraz, z czasem, nabrały innego znaczenia. Dla wszystkich będą one dokumentem niezwykłego miejsca – może nawet kogoś zauroczą. Dla nas jednak będą unikalną historią wspólnie przeżytej i szczęśliwie zakończonej awantury.

*

Rozmawiam z regionalnym access officerem, jak dumnie nazwany jest człowiek ze szwedzkiej federacji wspinania odpowiedzialny za dostęp do lokalnych skał. Coś słyszał o lodach w kopalniach. Nawet chyba zna kogoś kto się tam wspinał, ale najlepiej jeśli dowiem się o „status“ możliwości wspinania bezpośrednio w dyrekcji kopalni – a, i jeszcze jakbym mu powiedział potem jak wygląda sprawa, bo jest nią żywotnie zainteresowany. Bawiąc się z zagraniczne przedstawicielstwo Naszych Skał kontaktuję się z bardzo ważną osobą w bardzo ważnym zarządzie bardzo ważnej kopalni. Cenne rudy cennymi dla gospodarki, ale czy zdają sobie sprawę jak cenny to obiekt dla wspinaczy? „Rozpoczęliśmy właśnie proces ponownego wydobycia i obowiązuje total ban na wszelkie aktywności z wyjątkiem górnictwa na całym terenie. Bardzo mi przykro, że rozczarowuję Cię, ale takie są fakty“ – zabrzmiała odpowiedź samego CEO, znaczy dyrektora generalnego. Z faktami jak wiadomo się nie dyskutuje. Wstęp do krainy Koboldów został zakazany. Przynajmniej dla wspinaczy. Podobno na północy można znaleźć podobne kopalnie – czas zatem na poszukiwania. No chyba, że wciągnie nas inna zwariowana awantura…

W powyższej opowieści zabrakło dość istotnej rzeczy, jak wymienienie nazwy miejscowości. Nie jest to przeoczenie, a zamysł jak najbardziej celowy. Decyzja podjęta została kolegialnie, choć niejednogłośnie. Powody takiego stanu były różne – wszystkie miały swoje racje i absurdy. Niemniej dla umnego surfera nie będzie stanowiło problemu wygooglowanie miejscówki – my jednak ręki do tego nie przyłożymy.

*

Czas na powrót. Ostatni dzień ponownie spędzony ze „ starymi“ przyjaciółmi na szwendaniu się zasypanymi śniegiem ulicami Sztokholmu. – Tomek, powiedz mi, czy to prawda, że Polki są gorące? – odciągnął mnie na bok Nick uważnie przy tym obserwując, czy jesteśmy w bezpiecznej odległości od Tintin. Cokolwiek miał na myśli… Opowiedziałem to potem Łukaszowi, który podsumował to słowami: „Cały Nick!“. Choć świata za swą dziewczyną nie widzi to jednak jest tego „świata“ ciekaw. Szkoda, że nie było okazji dłużej zostać – coś mi się zdaje, że z Nickiem byłyby nieliche przygody…

Samolot podchodził do lądowania. Z ciemności wyłaniały się światła Edynburga. Znajome pasy ulic, znajomy zarys wybrzeża, rozświetlony posępny zamek i niepokojąca mroczna plama leżącego pośrodku miasta Arturowego Siedliszcza… Nareszcie powrót do domu, do bliskich – sens każdej, choćby najbardziej niezwykłej przygody. Będzie można z przyjaciółmi zasiąść w pubie, przy pincie piwa lanego równo z brzegiem szkła. Powspominać, poopowiadać – śmiało ubarwiając swoje awantury, przewagi, wyczyny – przemilczając o strachu i słabościach… Koła nieomal dotykały płyty lotniska, gdy podmuch wiatru podrzucił samolot w górę. W uszach zawibrowało przeraźliwe wycie silników, które pilot zmuszał do ponownego nabrania mocy. Wicher bawił się potężną maszyną – z lekkością podrzucając nad twardą powierzchnią lądowiska. Skowyczące silniki ostatnim wysiłkiem podjęły zaciętą walkę, podnosząc samolot na tyle, aby pilot mógł przechylić go omijając terminal. – W sumie to lepiej rozbić się nad zatoką, niż w mieście – rzuciłem do Łukasza. – Zamknij się – dostałem w odpowiedzi.

*

Obudziłem się, ale kołdra przytrzasnęła mnie nie wypuszczając ze swoich objęć. Pomału w myślach układałem plan dnia. Nie za szybko, aby się nawet i tym nie zmęczyć – dopiero co wróciłem – i nie chciałem jeszcze przerywać tak nieodłącznego z każdą wyprawą błogiego stanu oderwania od rzeczywistości i czasu… Właśnie czasu… Który właściwie dzień dziś mamy? Hm… Chyba 10? Tak, 10 kwietnia 2010 roku.

Reklamy