Home

Przy okazji bytności na tegorocznym Melloblocco wpadło mi do ręki lutowe wydanie niemieckojęzycznego magazynu Climax. Jak oznajmiała okładka, a co oczywiście przyczyniło się do mojego zainteresowania publikacją, był to numer oznaczony jako fotoedycja.

Magazyn reklamujący się hasłem „świeżego spojrzenia na wspinanie“ choć jest wydawany w Austrii – to przeznaczony jest na cały europejski rynek władających językiem niemieckim. Ukazuje się od stosunkowo niedawna (dopiero 11 numerów) w kwartalnych odstępach czasu. Tyle tytułem wstępu wyjaśniającego czego rzecz się będzie tyczyła…

01_CLIMAX10_444x555

Idea publikacji co któryś numer magazynu poświęconego fotografii w całości lub większej części nie jest bynajmniej obca drukowanym mediom wspinaczkowo-górskim. Nieomal każde szanujące się wydawnictwo szczyci się taką pozycją przynajmniej raz na rok. Nikomu chyba nie trzeba mówić, że i w Polsce nie ustrzeżono się tego „grzechu“ czego potwierdzeniem jest oczywiście lipcowe wydanie Magazynu GÓRY ;)

Fotoedycja Climaxa nie jest w całości przeznaczona dla zdjęć – częściowo będąc zachwaszczoną przez tekst odnoszący się różnych ważkich zdarzeń ze świata wspinania, a nie mogących czekać na publikację – przez to też nie pochłonie nas bez reszty świat obrazów, a miłośnicy fotografii górsko-wspinaczkowej będą mięli chwile oddechu… Po prawdzie jednak zamieszczone zdjęcia raczej tchu nam nie odbiorą, a przytoczone już wyżej hasło „świeżego spojrzenia“ raczej należałoby przetłumaczyć na „inne, może nawet ciekawe“. Otwierającym, po serii newsów, materiałem jest reportaż z przejścia wielkościanowego „Hotelu Tiltis“ okraszony zdjęciami Kalusa Kranebittera. Otwarcie słabe: olbrzymie szaro-niebieskawe ściany z czerwonawymi punktami kasków upstrzonych dobrze widocznym logiem sponsora… Kolejny materiał został przygotowany przez znanego z łam GÓR Hiszpana Davida Munillę – a poświęcony Portugalii, także znanej z powyższych łam jednak uwiecznionej przez Jacka Kudłatego. Nie dość, że porównanie nasuwa się samo to jeszcze nakłada się na nie moje osobiste wspomnienie skał i mórz w tym kraju. Jak to wypada? Bliższy mojemu spojżeniu na portugalską rzeczywistość jest materiał Jacka, a przez to Davida zdjęcia wypadają jako bardziej atrakcyjne i ciekawsze. Niemniej całość materiału bez straty mogłaby być mniejsza o dwa zdjęcia.

W trzecim fotoreportażu powraca Klaus Kranebitter tym razem bawiący w Norwegii… Sponsor pozostał ten sam, ale już nie przytłacza. Urozmaicony i klimatyczny materiał, choć również „o dwa zdjęcia za dużo“ :) Podobnie jak zestaw Munilli wzbogacony o zdjęcia okołowspinaczkowe. Nieco przytłaczającym jest użycie „fotoszopa“ redukującego do zimno-niebieskich tonacji wszystkie kolory poza czerwonym. Trzeba przyznać, że jednak jest to zrobione z głową co przekłada się na taki dobór kadrów, aby znajdowały się tam podmioty czerwonawe tam gdzie powinny, aby odegrać jakąś rolę na zdjęciu…

Krok dalej w dziedzinie zestawienia zdjęć wspinaczkowych z tymi które powstały powiedzmy w dni restowe poszedł duet Jakob Schrodel i Reini Fichtinger (notabene jeden z redaktorów Climaxa). Czarno-białe fotografie Fichtingera oddające jak to się mówi hardcorową rzeczywistość Indii, towarzyszą kolorowym zdjęciom wspinaczy zrobionym przez Schrodela. Każdy z tych dwóch złączonych zestawów byłby dobrym reportażem w swoim rodzaju. Jak wypada połączenie? Jak dla mnie trochę za mało spójnie – niby odmienność w kolorystyce zdjęć zapewne podkreślać ma diametralną różnicę dwóch światów, ale jest to tylko odmienność techniczna, odmienność sztucznie wytworzona przez to, że jedne zdjęcia są kolorowe (wspaniały świat wspinaczki), a drugie czarno-białe (smutna rzeczywistość życia codziennego). Zbyt infantylny motyw. Nie ma pomiędzy dwoma tak złączonymi reportażami dialogu, żadnej dyskusji… Pochylając się jeszcze nad zdjęciami Reini Fichtinger wspomnieć wypada, że wpisują się one w starą, dobrą, europejską tradycję rozpoznaną choćby przez Henri Cartiera-Bressona, a polegającą oczywiście na ukazywaniu czarno-białych fotoreportaży z „ulicy“. Jakież to europejskie! Świat Wschodu, świat Indii to przecież świat kolorów! Że niby czernie i biele podkreślają treść przekazu? Tak, ale chyba tylko dla naszych zachodnich umysłów… Dowodem na naszą odmienność kulturową niech będą prace Raghubir Singha.

Zwartym i spójnym materiałem okazuje się być reportaż Sama Bie z Armenii – podobne zestawienie zdjęć wspinaczkowych ze zdjęciami życia codziennego, ale w przeciwieństwie do wyżej wspomnianego widać jakąś nić łączącą oba światy. Dziewczynka schodząca ze schodów, a obok wspinacz na słynnych armeńskich schodopodobnych formacjach skalnych. Wspinacz przglądający bogaty zestaw sprzętu do tradu, obok zdjęcia z wnętrza sklepu zaopartzonego głównie w alkohol i papierosy. Albo też zestawienie bloku mieszkalnego z ścianą skalną z intruzjami przypominającymi elementy architektoniczne wspomnianego bloku. Ogólnie rzecz ujmując Bie skroił przyzwoity materiał, sensownie dobrany i zestawiony. Bez szału i fajerwerków, ale trzymający poziom właściwy temu do czego przyzwyczaił nas francuski fotograf.

Na koniec jeszcze kilka słów o skromnej rozkładówce w której krótkiemu opisowi towarzyszy kilka zdjęć. Za to jakich :p Rzecz się tyczy kalendarza wydanego na ten rok właśnie przez Climaxa. Tematem przewodnim są liny. Różnokolorowe liny. Dodatkiem do tego modele i modelki (m.in. Johanna Ernst) związani tymi sznurkami. W różnych konfiguracjach :P

Poniżej można zobaczyć efekty pracy fotografa Matthiasa Fenzla we współpracy z art directorem Bia Grabner:

Oczywiście nie sposób zaliczyć to do worka fotografii wspinaczkowej – niemniej interesująca jest dla mnie próba połączenia wspinania z popkulturą masową…

Jeżeli kogoś zainteresowała wspomniana przezemnie publikacja to zapraszam do zaglądnąć po więcej na stronie Climaxa.

Reklamy