Home
Dla jednych to „zabicie niemożliwego”, dla innych koniec pewnej epoki, dla jeszcze innych niezbędny środek mogący ocalić życie – gorąca dysputa przetoczyła się przez środowisko wspinaczkowe po wbiciu w maju tego roku pierwszych spitów na Mount Evereście.
Willie Benegas i Adrian Ballinger, korzystając z wiertarki Hilti nawiercili otwory pod sześć 10 cm spitów Mammuta mocując na nich dwie linie poręczówek (jedną dla ruchu w górę, drugą dla zejścia) na wysokości około 7700 metrów w miejscu zwanym Żółte Skały (Żółta Wstęga – Yellow Band), powyżej obozu III na Grani Południowo-Wschodniej, czyli klasycznej drodze od strony nepalskiej.

Rejon Żółtych Skał – na zdjęciu widoczne stare poręczówki, a w tle kolejka „chętnych” na Everest (fot. International Mountain Guides)

Zespół przewodników i Szerpów oczyścił teren z luźniejszych kamieni oraz uprzątnął stare liny (ponad 30 kg zostało zniesionych), które niejednokrotnie mocowane były do jeszcze starszych lin trzymających się tylko dzięki „zmrożeniu” ich z podłożem. Brytyjski przewodnik Kenton Cool, który już sześciokrotnie stawał na szczycie Everestu tak opisuje dotychczasową sytuację: „Żółte Skały oferują prawie zerową opcję dla umocowania poręczówek, a za każdym z siedmiu razy, kiedy przekraczałem je, przychodziło mi na myśl, że zdarzy się tu jakieś nieszczęście. Czasami 8-9 wspinaczy korzystało w tym samym czasie z tej samej poręczówki osadzonej w bardzo wątpliwym miejscu”.

Obijanie Everestu (fot. IMG)

W dominującej opinii organizatorów wypraw komercyjnych ma to bez wątpienia zapewnić bezpieczeństwo Szerpów, zachodnich przewodników i ich klientów, którzy niejednokrotnie musieli zmagać się z „pajęczą siecią” dotychczasowych, starych lin. Teraz ma dla nich być znacznie bezpieczniej, dużo szybciej i mniej pogmatwane.

Nowe i „piękne” poręczówki na Evereście (fot. IMG)

Na tym nie koniec. Eric Simonson, lider komercyjnej IMG Expedition, zapowiada podobną akcję dla znajdującego się powyżej Żebra Genewczyków oraz dla progu skalnego poniżej wierzchołka południowego. Z sarkazmem, ale i pewną nostalgią można zapytać co będzie następnie? Stalowa linka z bazy wprost na wierzchołek?

Tak zwane środowisko zareagowało różnie. Najciekawsze jest ukazanie wielowymiarowości problemu, który jest konsekwencją wbicia zaledwie sześciu spitów: Reinhold Messner kolejny już raz określił drogę przez południową ścianę „goszczącą” rocznie ponad 500 wspinaczy jako „via ferrata”, czyli po naszemu „żelazna perć”. Serwis Planetmountain.com podkreśla, że w żaden sposób Everest nie stał się ani łatwiejszy, ani mniej niebezpieczny dla „zaimprowizowanych” alpinistów. Mark Reeves określa sytuację jako „duchowy gwałt” na Czomolungmie, na stokach której jesteśmy jedynie gośćmi. Ian Parnell z nostalgią komentuje: „W moim idealnym świecie nawet nie śniłoby się nikomu zabierać spitownicę w góry, ale oczywiście świat jest daleki od ideału… Południowo-wschodnia grań jest tak daleko od tego, czym jestem zainteresowany w himalaizmie, że nie dbam o to, co tam robią” – przy czym nadmienia jeszcze, że spity w Himalajach to nie jest świeża idea przewodników komercyjnych – przytaczając także przykład północnej grani ze stałymi metalowymi drabinami. John Arran zauważa, że jest to szansa na… podniesienie poziomu, bo podnosi się poprzeczka dla tego, co można określić umownie jako „wyczyn sportowy”…

Reklamy
Posted in: GóryMożliwość komentowania Orla perć na Evereście! została wyłączona